Drukuj

11 grudnia odbyło się kolejne spotkanie Dyskusyjnego Klubu Książki. Tematem dyskusji była lekka, błyskotliwa powieść Martyny Kubackiej pt. „Bezczelna”


Muszę przyznać, że na początku nie było łatwo i przyjemnie, ponieważ już sam tytuł oraz okładka książki wywoływały u niektórych czytelniczek uczucie poirytowania. Wkrótce okazało się, że całkiem niepotrzebnie.


Na wstępie Pani Kubacka zamieściła bardzo ciepłą dedykację:


Tym, którzy nauczyli mnie kochać:
rodzicom- za miłość zawartą w trosce i oddaniu,
mężowi- za miłość gorąca namiętną, która ucisza rozum, a rozbudza zmysły,
synkowi- za miłość która przestawia do góry nogami cały świat,
bratu- za miłość do kogoś, kogo mam czasami ochotę udusić,
przyjaciołom- za miłość ukrytą w zaufaniu i wsparciu.
Wasza Marti: -)


Owszem fabuła jest mało ambitna, schematyczna, przewidywalna, jak to w romansach bywa, ale te drobne mankamenty można łatwo autorce wybaczyć. Historia sprawia wrażenie płytkiej, oklepanej opowiastki z motywami bajkowymi, ale wierzcie lub nie to tylko pozory, a pozory mylą!


Nie jest to typowy romans, w którym zwykle spotykamy księcia z bajki i kobietę będącą na każde jego skinienie. Tu jest inaczej. Jest to powieść w pełni realistyczna, traktująca o dorastaniu i dojrzewaniu młodej, samotnej dziewczyny. Na głównym planie przewija się wątek miłości widzianej z różnych stron i poskramianiu przysłowiowej złośnicy. O tym, że w życiu warto być bezczelną, bo czasami to ona pozwala nam walczyć o siebie, ale także o tym, że czasem warto trzymać język za zębami. Główna bohaterka, Magdalena Zielińska to pewna siebie, impulsywna, czasami arogancka osoba. Bywa, że zmiesza kogoś z błotem, nie przejmuje się tym, co o niej myślą inni, ale potrafi odpuścić, kiedy trzeba. Książkę uważam za wartą przeczytania i mam nadzieję, że nie zwiedzie Was tytuł, bo mimo swojej bezczelności i arogancji, Magda jest dzieckiem, które w życiu nie zaznało miłości. Te braki rekompensuje sobie arogancją, bezczelnością i przebojowością w stosunku do tych, którzy po raz kolejny próbują ja zranić. W gruncie rzeczy to tylko fasada, która ma ją chronić przed twardą rzeczywistością. W rozmowie z przyjaciółką pozwala sobie na szczere wyznanie:


„Długo nie rozumiałam, dlaczego matka po prostu nie oddała mnie do pierwszego lepszego domu opieki. Uważałam, że powinna była tak zrobić, skoro z trudem patrzyła na własne dziecko. Kiedy miałam szesnaście lat, wykrzyczała mi w twarz, że chciała, abym miała tak samo spieprzone życie, jak ona. Stwierdziła, że gdyby mnie oddała, to zapewne prędzej czy później ktoś by mnie adoptował i mogłabym być szczęśliwa. Nie zamierzała dać mi takiej szansy. Życiowym powołaniem Moniki (matki) stało się uprzykrzanie mi każdego dnia i nieustanne przypominanie, że zmarnowałam jej życie. Moim celem było pokazywanie tej psychopatce, że g… mnie to obchodzi. Wyprowadziłam się z domu, kiedy tylko odebrałam dowód osobisty. Nasze pożegnanie wolałabym przemilczeć”.


„Bezczelną” pochłania się jednym tchem z myślą, że nie warto odrywać się od niej choćby na chwilę w obawie, że kolejne strony wyparują. Książkę polecam szczególnie tym, którzy mają dość ckliwych opowieści o miłości od pierwszego wejrzenia.

 

G. Serafin